Problem z brakiem defibrylatorów

W Mysłowicach na strzeżonym kąpielisku Słupna niedawno utonął 10-letni chłopiec. Ciało unoszące się na wodzie zauważył pływający mężczyzna, który zaalarmował ratowników. – Ratownicy natychmiast zareagowali, wyjęli dziecko z wody, podjęli próbę reanimacji – mówił mł.asp. Daniel Sadowski, KMP w Mysłowicach, wyp.arch.
Zdaniem niektórych świadków ta miała trwać zbyt długo. – Byłem przy tym i widziałem jak dwóch ratowników wyciągało tego chłopca, ta akcja trwała jednak zbyt długo. Ratownicy tam mają tylko tlen, a powinni mieć respirator. Podczas reanimacji stopy chłopca były całe białe i był średnio siny. W momencie przyjazdu karetki z Katowic upłynęło ok. 15 minut od wyciągnięcia chłopca z wody – mówi jeden ze świadków zdarzenia.
Chłopca nie udało się uratować. Być może szansa na to byłaby większa gdyby był na miejscu taki sprzęt. Na razie jednak go nie ma. Jest już w urzędach, docelowo ma być wykorzystywany w górnictwie. Być może czas pomyśleć o tym by w defibrylator zaopatrzyło się każde strzeżone kąpielisko. – Tkanka mózgowa obumiera w ciągu od trzech do pięciu minut. Jeżeli będziemy wykonywać pośredni masaż serca, sztuczną wentylację oraz użyjemy właśnie tego urządzenia szanse na przeżycie poszkodowanego wzrastają – mówi Marek Mordarski, ratownik medyczny.
Na Pogorii ratownicy na szczęście nie musieli jeszcze z niego korzystać. Przydał się za to w innym miejscu. – W Aqua Parku Nemo w zeszłym miesiącu dzięki właśnie takiemu defibrylatorowi uratowaliśmy ludzkie życie. Do przyjazdu służb medycznych ratownicy WOPR podjęli akcje – mówi Paweł Zajdek, ratownik WOPR.
Akcję, która zakończyła się sukcesem. Adam Warzecha, który był pomysłodawcą zakupu defibrylatorów w Katowicach uważa, że takich urządzeń powinno być zdecydowanie więcej. Tak przynajmniej jest za granicą gdzie widok defibrylatora w różnych punktach nikogo już nie dziwi. – Tego typu urządzenia jest umieszczone w miejscu publicznym tak jak gaśnica. Jest kluczyk, można zbić szybkę i w tym momencie udzielić pierwszej pomocy – mówił Adam Warzecha, radny, wyp. arch.
Niebawem być może takiej pierwszej pomocy udzielać będą mogli sobie górnicy na dole. Pomysł zamontowania tych urządzeń całkiem niedawno zgłosił Wyższy Urząd Górniczy. – Myślę, że nie ma żadnej filozofii w obsłudze takiego urządzenia i w zrozumienia po prostu informacji – mówił Damian Janiak, Wyższy Urząd Górniczy, wyp. arch.
Tym bardziej, że urządzenie mówi co i jak robić. – Najczęściej wypływamy w przypadku skoków do wody albo wyjścia, powiedzmy z wody. Poza tym ludzie skaczą w miejscach, w których jest płytko nie upewniwszy się wcześniej co do głębokości i nie wiedzą, że mogą sobie skręcić kark – mówi Krystian Jodek, WOPR w Tarnowskich Górach.
Jak mówią ratownicy przydałby się nie tylko taki sprzęt, ale i ludzie do pilnowania. – Myślę, że zdecydowanie brakuje ludzi. Brakuje na to środków z urzędów miast, stąd częsty jest widok trzystu, czterystu kąpiących się osób, których strzeże tylko czterech ratowników – mówi Krystian Biesiadecki, ratownik WOPR.
Warto zadać pytanie: “Czy na poprawie bezpieczeństwa w takich miejscach warto oszczędzać?”.